Idącemu droga od Skoczowa ku Górkom, doliną Brennicy, przedstawia się nader malownicza okolica. Tam hen marzą w mglistym błękicie góry Beskidy, po prawicy szumi w gęstej olszynie Brennicy, w lewo zaś wznosi się pokaźny pagórek – Bucze – uwieńczony na szczycie lasem jodłowym.
.
    Wejdźmy na jego szczyt. Cudowny roztacza się widok! Wkoło spokojne wioski, szare chaty, kościółki, wzgórza, lasy, stawy – wszystko to w ciszy ukojone, marzące w blasku słonecznym.
    A tam w sinej dali, wzdłuż północno-zachodniego widnokręgu, unosi się nad licznymi, ledwo widzialnymi, jak czarne kreski na tle niebios się odrzynającymi kominami długa smuga rdzawego dymu, znacząca rewiry kopalń, przemysłu, okolice pełne ruchu, łoskotu, życia; lecz to wszystko bardzo daleko, a tu, wokoło, tylko błoga, urocza okolica rolnicza, spokój niezmącony, ludek skromny, miły, uprzejmy, – bo sprawiedliwie polski.
    Dziś szumi na Buczu las, mruczą w jego kotlinkach strumyki, zahuczy niekiedy sowa, zastuka dzięcioł, ale kiedyś, przed sześciuset laty, wznosił się tutaj wspaniały kościół, otoczony szeregiem chat i dworków wiejskich.
    W dzień Wszystkich Świętych, w odpust górecki, kiedy był aż po same brzegi ludem napełniony, zapadł się wraz z całą wioską ziemię. Lud o nim zapomniał, lasy pokryły całe Bucze, a pod Żebrzydką wybudowali Górczanie inny dom Boży, teraźniejszy kościółek parafialny. Tylko baśń głosiła o nim, lub też starcy wspominali go niekiedy. Zdarzało się często, że ktoś przechodził w południe albo wieczorem przez Bucze, słyszał głuchy, przytłumiony dźwięk dzwonu z pod ziemi się wydobywający. Ludzie się wtedy trwożnie żegnali i śpiesznie dalej zdążali.
     Będzie temu z osiemdziesiąt lat, kiedy pewna dziewka wybrała się w dzień Wszystkich Świętych z koszem na Bucze liście grabić. Zeszła w zapadły wąwóz i poczęła grabić, gdy wtem potknęła się o jakiś twardy, jakby żelazny, przedmiot. Rozgarnęła w tem miejscu trawę i ujrzała z niemałem zdumieniem żelazny, zardzewiały krzyż, sterczący z ziemi. Równocześnie usłyszała bicie dzwonów, słaby, drżący odgłos organów, zmieszany z uroczystym chórem ludzkim. Przeraziła się bardzo, rzuciła kosz i grabie i nawpół martwa zbiegła z Bucza do wsi, opowiadając z przerażeniem, co na Buczu słyszała. Ludzie, którzy właśnie z odpustu góreckiego do domu zdążali, poczęli dziewkę łajać, że się w takie święto wybrała liście grabić. Rozmawiali też o tym, z trwogą spoglądając ku Buczu.
    Znaleźli się jednakże dwaj śmiałcy – Jura Pagielów i Francek Drozdów – którzy się umówili miejsce to dokładnie zbadać. Nie zdradzając swych zamiarów, poszli wieczorem na Bucze, wziąwszy z sobą rydle, krampocz i smolne pochodnie. Weszli w wąwóz, przez dziewkę oznaczony i ujrzeli rzeczywiście sterczący krzyż z ziemi. Przeżegnali się, zmówili pacierz i poczęli około krzyża ziemię wyrywać. Niedługo okazała się pod krzyżem bania, miedzią kryta, a kiedy wyłamali w niej otwór, zobaczyli niej mały dzwonek, konajączek. Nie namyślając się długo, zapalili pochodnię i weszli przez otwór w banię. Uczuli pod nogami wąskie schody, poczęli zatem coraz niżej schodzić. Wkrótce weszli między wielkie spiżowe dzwony; Pagiela uderzył zlekka młotem o najwyższy dzwon, który wydał słaby, jakby senny, lecz śliczny dźwięk. Spuszczali się powoli coraz głębiej po schodach w dół, aż nareszcie stanęli przed podwojami żelaznymi. Odchylili je i weszli do wnętrza kościoła zapadniętego. W krwawym blasku palących się pochodni zobaczyli ławki, rzędem ustawione, w dziwnym, staromodnym stylu wyrzeźbione, ze sklepienia zwieszały się błyszczące lustry, na ścianach widniały w starożytnych ramach obrazy, a na chórze mieniły się „piszczele” organów. Jakiś chłodny, grobowy, wilgocią przenikliwy zaduch owiał ich, a złowroga cisza zalegała wokoło, aż im w uszach „dźwięczało”. Poszli kilka kroków wgłąb i stanęli przed wielkim obrazem, przedstawiającym Wszystkich Świętych.
    Kiedy się jeszcze oglądali i z wielkiego zdziwienia prawie oniemieli, odezwały się nad nimi z wieży - dzwony. Przelękli się okropnie i skoczyli w jakiś ciemny kąt. Ktoś zakołatał drzwiami od kruchty. Zgasili pochodnię, czekając z bijącym sercem, co dalej będzie. Tego byli pewni, że ich ostatnia godzina wybiła. Z kruchty wyszedł jakiś przygarbiony, siwowłosy mężczyzna i pozapalał świece na ołtarzach i lustrach. Wnet się też otwarły podwoje na oścież i do wnętrza poczęły wpływać tłumy milczących ludzi. Wkrótce były wszystkie ławki zajęte, a nawet na chórze ukazały się ludzkie postacie. O ile nasi dwaj Górczanie ze strachu zdołali jeszcze cos widzieć, zauważyli, że ludzie ci wszyscy mieli twarze trupio-blade, wynędzniałe, ponure i groźne. Siedzieli nieruchomo, z oczyma w ołtarz utkwionymi. Niekiedy jakiś ciężki, głuchy jęk przeleciał z głębi, to znów jakieś dziecko zakwiliło, poza tem jednak straszna cisza.
    Wtem pojawił się na ambonie ksiądz, wysoki, chudy starzec bolesnym wyrazem twarzy, z dużymi okularami na wyblakłych oczach. Pochylił się nad ludem i począł coś mówić, jednostajnym, drżącym, ponurym głosem. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, przedstawiał coś przenikliwie, krzyżował ręce na piersiach, to znów składał dłonie, jakby do gorącej modlitwy, lub też zasłaniał oczy; głos jego stawał się po chwili coraz potężniejszy, groźniejszy, a wreszcie, rzuciwszy ramiona w górę, niby jaki złowieszczy prorok, począł wołać, błagać, lamentować. A lud w ławkach odpowiadał głuchym jękiem i szlochaniem.
    Teraz i nasi dwaj śmiałkowie poczęli rozumować słowa kapłana. Mówił donośnym głosem: „Pięć wieków cierpimy tutaj, pokutujemy, bośmy zgrzeszyli przeciw Bogu, ciesząc się i tańcząc wieczorem w dzień Wszystkich Świętych, kiedy dusze zmarłe błagały nas o ratunek. Bóg sprawiedliwy ukarał nas, bo otóż, kiedyśmy po rozpustnej zabawie wrócili do kościoła, odmawiać z przyzwyczajenia modlitwy za zmarłych, zapadł się kościół ze wszystkimi. O, błagajmy Boga, prośmy go, aby w swym miłosierdziu skrócił naszą pokutę”.
     Ledwo słowa te wypowiedział, zahuczały organy majestatycznym głosem, poczęły bić dzwony, a lud zaintonował jakąś bezbrzeżnie smutną, za serce szarpiącą pieśń błagalną. I zawiał jakiś szalony wicher, wstrząsając całym kościołem, głusząc ludzi i tony organów. Powstała rażąca jasność, jakby od błyskawic i huknęły grzmoty. Uczuł teraz Pagiela z Drozdem, jak ich jakiś huragan z miejsca zerwał i w ciemności rzucił. W tym szalonym locie ledwie jeszcze dosłyszeli gniewne słowa kapłana: „Wara wam od nas! Czekajcie, bo i na was kolej przyjdzie”!
    Kiedy się ocknęli i przytomność odzyskali, ujrzeli się w ciemnym lesie. Rozglądali się i zmiarkowali, iż znajdują się w Buczu, nad wąwozem, w którym krzyż byli odkryli. Cisza panowała wokoło, tylko las szumiał nad ich głowami, a gwiaździste niebo słało mdłe światło. Tu i ówdzie widzieli łunę nad cmentarzami, boć to właśnie wszędzie rozpalili świece nad grobami.
    Powstali z ziemi i wracali chwiejnym krokiem do wsi. Po drodze wstąpili do gospody. Nikt ich jednak poznać nie mógł, bo włosy ich były jak mleko zbielałe, a twarze głębokimi bruzdami zorane. Tak ich bowiem lęk i strach zmienił.
    Nie żyli długo, bo jakoś w miesiąc umarli obaj równocześnie. Dopiero w godzinie przed śmiercią odzyskali mowę, którą byli po owem zdarzeniu zupełnie postradali i opowiedzieli ludziom, co ich spotkało.
    Od tego czasu już nikt krzyża w wąwozie owym nie widział. Snać zapadł się kościół jeszcze niżej.
    Dziś szemrze na Buczu las swoje ciche, smętne pieśni o dalekiej przyszłości, o dawnej, zgasłej wspaniałości zapadniętej wsi; ludzie podchodzą tedy obojętnie i mało który wspomni o tym, co się tutaj przed wiekami stało. 


Autor:  Walenty Krząszcz
Zamieścił: Anton Steinkusch